| lacrimablog - archiwum: Fabryka czekolady spłonęła. |
|
strona główna |
Fabryka czekolady spłonęła.Kryzys ponoć mija, ale ponoć dotknął wszystkich. Niezależnie od położenia geograficznego, społecznego. Jestem częścią tych wszystkich… i czuję się dotknięta. Myślałam, że o tych kryzysach w związkach to tylko się tak mówi, a w rzeczywistości to one nie istnieją, nie mają miejsca, nie zdarzają się, nie zachodzą, nie wynurzają się z głębin naszych złych, gęstych jak smoła emocji. Nie, nie, nie. Ja przecież należę do tych wiecznie uśmiechniętych, niezależnych, towarzyskich dziewcząt, które nigdy się nie nudzą, zawsze są przepełnione niesamowitymi ideami. Przecież ubieram się kolorowo, „ty masz swój styl” tak mi przecież mówią. „Masz takie piękne włosy, buty, skórę, myśli, cała jesteś taka lukrowana”. Nie, nie, nie. Nie jestem. I nie mam. Ale kryzys mnie dotknął. Wkradł się niepostrzeżenie strużkami siwego dymu, jak rozpoczynający się pożar… pożar w fabryce nieskończenie pysznej czekolady i cukierków nadziewanych szczęściem. Najpierw dym spowił wszystko, przestałam dostrzegać miłość, potem przestałam widzieć cokolwiek. Tylko ten dym. A później to był już tylko wielki pożar moich emocji, uczuć, mojej miłości, którego nie mogłam ugasić łzami. Wypłakiwałam oczy tak mocno jak tylko potrafiłam, kładłam się do łóżka w ciepły dzień i łzami i potem próbowałam gasić ten straszny pożar. Ale mi się nie udało. Nie, nie, nie. Wypłakałam wszystko co mogłam. Pod pierzyną nawet w najzimniejszy dzień robi się za gorąco. Wylazłam z tego okropnego dymu, z tych zgliszczy spalonego szczęścia. Jedyne co mogłam zrobić, to założyć maskę tej wiecznie uśmiechniętej, niezależnej, towarzyskiej dziewczyny. I walczyć. Czasem wypływają spod niej łzy. Jednak szybko wysychają albo giną w znów rudych, jakże towarzyskich, uśmiechniętych włosach. 2009-11-06 skomentuj (0) |